Ten tekst został napisany na WOK jako reklama mojej miejscowości. Praca została oceniona na szóstkę i opatrzona komentarzem: „bardzo, ale to bardzo oryginalna” :D Szczerze mówiąc poważnie obawiałem się, że w ogóle nie zostanie oceniona. Czytajcie na zdrowie!
Hej! Dorzućcie drwa do ogniska! Hej! Niech posypią się skry! Hej! Niech bajda niesie się po świecie! Opowiem wam dziś o krainie wiecznej szczęśliwości, o ludziach, jakich nigdy nie znaliście, o mieście ze snów, o waszych marzeniach… Opowiem wam, jak to ze Augustowem było… i jest.
Hen, za górami, za lasami, na północy, kędy wiatr lodowaty hula zimą, kędy zwierz okrutny pędzi, kędy człek zwykły boi się wędrować, jest las i puszcza, i jeziora. Dotarł tam kiedyś król potężny, odważny, prawy, godzien ze wszech miar swej korony. Zwali go Augustem Zygmuntem, acz przyjaciele Zyga wołali nań po prostu (a byli to ludzie pozbawieni wszelakiego szacunku dla władzy, zatem nie rozprawiajmy o nich już). Na swym dzielnym rumaku zapuścił się w puszczę głęboką, straszną polując na okrutnego zwierza. Był to dzik, jakich mało już ostało się na naszym świecie (mowa o zwierzu, nie o królu). Goniąc za owym diabelskim stworzeniem (zaiste — jeno bies jakiści z piekła rodem mógł takie okrutniste dziczysko sprawić) zatracił wszelką władzę umysłu, ogarnięty bojowym szałem. W pewnej chwili, gdy zwierz umknął w końcu, Zyga…, hmm…, Zygmunt August znaczy się, ostał się sam w środku nieprzeniknionej puszczy, albowiem cała jego drużyna została w pobliskiej gospodzie.
"Gdzieżem się ja znalazł?" pytał się sam siebie i raz po raz przeklinał zwierza-złoczyńcę, co pana swego wyprowadził w pole (a raczej w las). A słońce nikło już w koronach drzew. Król przeraził się, albowiem wiele słyszał o piekle lasów augustowskich (znaczy się wtedy nie były to jeszcze lasy augustowskie) — okrutnych i przerazistych potworzyskach wyłażących nocką z bagien.
Hej! Nie bójcie się jednakże! Znalazł się na szczęście dobry chłop w pobliżu, albowiem taki się znajdzie zawsze. Nie rozpoznał on króla, bo był to człek prosty i nieokrzesany (znów spieszę z wyjaśnieniem, iż nie o królu ta mowa), wszelako na swój prymitywny, acz szczery, sposób okazał rycerzowi szacunek. Napoił go bimbrem, który do dziś dzień pędzi się w Augustowskiej Puszczy, jako tradycja przykazuje; poczęstował swojskim czosnkiem z cebulą i wyprowadził na drogę (do dziś większość dróg augustowskich wygląda, jako tamta pamiętna leśna ścieżyna — któż jednak przypuszczać mógł, iż wozy drabiniaste wyjdą z mody?). Krzyżem przeżegnał rycerza i wskazał mu słuszny kierunek. Król jeszcze tego samego wieczora wrócił do swoich i hucznie świętował, koniec końców, wesołą przygodę. Dnia następnego, gdy jeno poczuł się kapkę lepiej, bo przecie dużo wy… hmmm… ganiał po lasach, postanowił nagrodzić okoliczne pospólstwo.
Stara wioskę miastem mianował i tak pozostało po dziś dzień (znaczy się nie to, żeby Augustów wciąż było miastem jeno z nazwy!). Pono szczególnie hojnie obdarzył owego skromnego chłopa, ale rzekomo dany mu przywilej na produkcję miodu pitnego nie zachował się do dziś, więc jako legendę nie sprawdzoną przedstawiam ten tajemniczy fakt.
A Augustów, miasto ludzi pięknych, zdrowych i silnych po kres dni naszych trwać będzie i sławić piękno lasów dzikich, zwierza okrutnego, jezior głębokich i powietrza świeżego. Hej! Przyjeżdżajcie tutaj! Hej! Płaćcie 2,50 za godzinę nad jeziorem… hmmm… znaczy się: cieszcie się i nabierajcie sił, a bacznie uważajcie wchodząc do lasu… Pono ów królewski dzik po dziś dzień bieży po puszczy…
Tak to ze Augustowem było! Hej!