Idąc przez życie,
stawiając zbyt długie kroki,
nie zapominaj nigdy
o małym kamieniu,
rzuconym w kolorowym pyle ludzkich dróg.
Trzymała go ręka —
on nigdy nie ostygł.
Weź go i włóż do kieszeni,
a później wyrzuć,
by wywołał uśmiech zadumy
na innej twarzy.
Tak rozmawiaj z ludźmi.
wyłania się z chaosu poranka
miękka
tajemnicza nimfatyczna
odsłania
nasze dusze
bezkresne przestrzenie zrównuje
każdą cząstkę równoważy
nie ogranicza
wyobraźni
poety
pozwala odkrywać
dawno poznane na nowo
jest doskonała
bo
doskonale
wypełnia wszystko —
— mgła
.code
Żyjemy…
W cieniu samych siebie
Pod osłoną sztucznych uczuć
Monitorów komputerów i uśmiechów twarzy
Rutynowych gestów
Słów, nad którymi nigdy się nie zastanowimy
Bladych spojrzeń i nieprawdziwych dotyków
Powinniśmy żyć całą piersią
Brać głęboki oddech i mówić "kocham"
Patrzeć prosto w oczy
Obejmować ramieniem tych, o których myślimy zasypiając czasem
Kochać do szaleństwa i nigdy nie tracić głowy
Leżeć na łące istnienia…
I patrzeć w niebo naszych uczuć
Nigdy nie marnować ani minuty
.end
jeżeli miałbym wszystko
jeżeli co dzień jadłbym mannę z nieba
jeżeli dotarłbym do ziemi obiecanej —
mojej własnej
nie miałbym marzeń
nie miałbym celów
wtedy tylko chłodne oko losu
wpatrywałoby się we mnie
Łza
spływa
po policzku gorąca
mały smutek
codzienny
a wielki płacz.
dlaczego Ciebie kocham
dlaczego myślę o Tobie
zawsze, wszędzie, nieskończenie
dlaczego moje serce jest
obce, inne, niepojęte
dlaczego nie znam odpoczynku
kocham, czuję, żyję…
zbawienie przyszło przez krzyż cierpienia
przez krwawe rany miłości
przez łzy wylane w ogrodzie Getsemani
przez ciernie fałszywej korony
dziś krzyże wiszą na ścianach
większe i mniejsze
czasem pokryte zapomnieniem
czasem ciepłe od trzymania w ręce
wszystkie tak samo niezwykłe
z Bogiem przybitym do drzewa
patrzącym z miłością
na prawdziwego winowajcę
który klęcząc ze spuszczoną głową
i składając ręce do modlitwy
szuka pociechy
w ofierze miłosierdzia
pociąg życia
zatrzymał się na małej stacji
w deszczu łez
ludzie wysiadają
ciężkie buty trosk
rozpryskują kałuże smutków
brunatna woda
spływa po wytartych płaszczach
szczelnie okrywających sumienia
nie zauważają
że inni też brodzą w problemach
z żalem patrzą
na odjeżdżające wagony nadziei
chcą je zatrzymać
ale nie mają siły wyciągnąć ręki
deszcz pada i czeka
aż ułożą się na torach śmierci
a wilgotna ziemia zapomnienia
wchłonie ich ciała
jak dobrze
że nasz pociąg
nie jedzie bez celu
pędzi ku upragnionej krainie szczęścia
omijając szare perony smutku
na zagubionych ścieżkach
rozbrzmiewają cicho kroki
jak ostatnie promienie słońca
jak woń młodego lasu
bose stopy dotykają powoli
ciepłej jeszcze ziemi
niezroszonej kroplami poranka
którego nie będzie
z każdą chwilą
niezauważalnie a jednak
coraz d a l e j
c o r a z c i s z e j …
nienamacalna postać
rozpływa się powoli
w ciepłym powietrzu zmierzchu
aż w końcu oczy tracą obraz
znikający za wydmą żalu
łzy przysłaniają resztę świata
łzy zamykają powieki
i tylko ptaki w koronach drzew
układając się do snu
widzą jak człowiek schodzi ze ścieżek życia
Dziękuję Ci za to, że trzymasz wystraszone jagnię
w swoich silnych ramionach.
Dziękuję Ci za to, że klęczysz w Ogrójcu,
a delikatny promień oświetla Twoją twarz.
Dziękuję Ci za to, że błogosławisz dziecko
głaszcząc je po głowie.
Dziękuję Ci za to, że patrzysz na mnie z miłością
przybity do twardego krzyża.
Ja wiem — najważniejsze — oddałeś za mnie życie,
cierpiałeś dla mnie,
głosiłeś Królestwo wieczne, choć trudne.
Ale ludzie lubią obrazki,
kolorowe, z modlitwą wypisaną po drugiej stronie;
i takie, gdy rodzina zasiada przy stole.
Może dlatego, że one są proste.
Dziecinne.
Święte.
czas płynie
lecz ja stoję —
niech obmywa moje stopy
z brudu tęsknoty
wpatrzony w horyzont
zawieszony między
falą oceanu
a chmurą nieba
widzę, że nas nie ma
dopóki nie otworzymy oczu
przejrzyj na oczy! patrz!
spójrz! obejrzyj się!
a ja mówię: zamknijcie powieki!
wsłuchajcie się w cichy szum…
świat tak się zabiegał…
że musieli zainstalować cooler…
usiadłem — zasnąłem
biały człowiek pochylił się nade mną
białym kocem chciał mnie okryć
przestraszył go czarny mój sen
wystraszony odskoczył — złożył nieśmiałe skrzydła
chciałem — zostań
powiedziałem — to tylko ja
wystraszony gestem uschłej dłoni uciekł
zmarzłem tej nocy
i gdyby świat runął
i gdyby miały zginąć marzenia
i gdyby niebo zapłonęło czerwienią
i gdyby odebrali nam co mogli
to jeszcze nic się nie stanie
dopóki nie przestaniemy żyć —
dopóki nasza wyobraźnia
nie przestanie być wolna
a biała kartka nie będzie nas przerażać
Umierając powoli, minuta za minutą
zamiast kłamać i płakać
sprzeniewierzać się własnym ideałom zimna
twardą, choć drżącą i kamienną ręką
rzeźbię małym dłutkiem kratki-kartek
Myśląc ślepo, kształt po kształcie
opisuję, najpierw w mózgu, dopiero później
w bryłce lodu, mojej śmiesznej duszy
wszystko, na co uszy chcą się zamknąć
choć podwójna ich natura nie pozwala
Licząc biegle, dziesiątki po dziesiątkach
odnajduję wszystkie grzechy, śnione i marzone
za które jestem równie winien jak za
rozmrożony kryształek lodu — pękł i skruszył się
kiedyś go kochałem
Gdy nie będzie nas na świecie
Słońce nie przestanie wschodzić
Żadne góry nie upadną
Ziemia nie przestanie rodzić
I nie ustanie szum wiatru
Nie spróchnieją młode drzewa
Tylko nasze usta uschną
Umilkniemy choć nie trzeba
Na pustyni wspomnień starych
Zbieleją nasze kości
Na poddaszach niepamięci
Zmiotą pajęczynę złości
gdybym był młodym drzewem
nie pragnąłbym Ziemi bardziej niż teraz Ciebie
gdybym był ptakiem złotoskrzydłym
nie kochałbym bardziej słońca i wolności powietrza niż dzisiaj Ciebie
gdybym stracił oddech
nie wołałbym o powietrze głośniej niż przez te dni o Ciebie
gdybym chciał być strumieniem życia a nie był
nie płakałbym rozpaczliwiej niż w te zimne chwile bez Ciebie
gdybym mógł stać się wiatrem w Twoich włosach
a był tylko drobiną piasku na Twojej drodze
wołałbym ku niebu i ku gwiazdom i ku Matce-Ziemi
by pozwoliły Ci zatrzymać się przy mnie choć na mgnienie oka
by później nie istniało
bym przestał znać czas i znać cokolwiek —