Temat brzmiał: „Czy rzeczywiście, jak twierdził W. G. Leibniz, żyjemy na najlepszym z możliwych światów?” Praca powstała w sumie dosyć spontanicznie, pod wpływem mojej fascynacji kulturą Wschodu. Pomysł na napisanie opowiadania, którego akcja dzieje się w jakimś niezwykłym klasztorze, wśród mnichów, uznałem za ryzykowny. Na szczęście efekt był lepszy niż się spodziewałem — praca została oceniona na szóstkę.
Gdyby ten świat nie był najlepszy z możliwych, Bóg nie byłby go stworzył.
Wilhelm Gottfried Leibniz (1646–1716)
Mistrz Shiina medytował na zimnej podłodze klasztoru. Co kilkanaście sekund ciszę celi przerywało uderzenie serca. Promienie słońca padały na leżące obok mnicha sandały. Nagle do mózgu Mistrza dotarł słaby sygnał. W jednej chwili serce znów zaczęło bić w normalnym tempie. Dłonie zniszczone dziesiątkami lat pracy, z pobrużdżoną cerą, chwyciły sandały i zawiązały rzemyki na kostce. Minutę później rozległo się pukanie.
— Wejść! — rozkazał starzec.
Drzwi otworzyły się, wydając lekki jęk. Do celi wszedł młody mężczyzna z ogoloną głową. Pokłonił się Mistrzowi i usiadł przed nim.
— Bądź pozdrowiony, Mistrzu Shiina!
— Witaj, synu! Cóż cię do mnie sprowadza? — starzec spojrzał w oczy młodzieńca. — Widzę, że entropia ogarnęła twe serce.
— Mistrzu… — gość zaczął powoli, jakby z trudem. — Mistrzu, wiem, że skarcisz mnie za to, co powiem, a jednak muszę podzielić się z tobą tą myślą. Uczyłeś mnie, że świat jest dobrem, bo został stworzony z miłości doskonałej i nieskończonej, że zło tkwi tylko w nas samych, a nie w świecie…
Młodzieniec przerwał na chwilę, spojrzał na spokojną twarz Mistrza Shiina i kontynuował cicho:
— Żyję bardzo krótko, a jednak doświadczyłem tak wiele zła i niesprawiedliwości, że ośmielam się zaprzeczyć twoim słowom. Świat nie jest doskonały, a nawet więcej — jest tym, co niektórzy nazywają piekłem.
— Niedawno wydarzyło się coś, co sprawiło, iż odważyłeś się przyjść do mnie i przedstawić te wątpliwości prawda?
Gość skinął głową i, widząc, że starzec nie kontynuuje, wytłumaczył:
— Byłem w wiosce, by kupić tusz, o który prosił Mistrz Matsukaze i widziałem, jak żołnierze biją wieśniaka, który nie miał czym zapłacić podatków. Wiesz, deszcze dawno nie padały. Oni… Oni spalili później jego dom. Nie mogłem nic zrobić. Byłem sam.
Mistrz zasmucił się. Nie wyraził tego żadnym gestem ani wyrazem twarzy, a jednak jego oczy przestały biernie wpatrywać się w młodzieńca. Po chwili schylił głowę i przez jakiś czas nie odzywał się. Słońce zdążyło się już przesunąć i w celi zrobiło się ciemno — mały otwór w ścianie nie pozwalał światłu dotrzeć do wnętrza.
— Synu, czy nigdy nie popełniłeś błędu? — odezwał się w końcu.
— Mistrzu! Czy chcesz powiedzieć, że ci… — młodzieniec wyprostował się, ale nie wstał.
— Nie — przerwał mu natychmiast starzec — nie chcę cię przekonywać, że ci żołnierze w głębi serca są prawymi ludźmi albo, że ich zachowanie nie jest złem, a tylko pomyłką, wkroczeniem na niewłaściwą ścieżkę. Pragnę jednak, abyś zauważył, co pozwoliło im dokonać tego okrutnego czynu.
— Niesprawiedliwość świata? Ślepota Stwórcy? Czyste zło? — zaczął wymieniać z ironią gość.
— Słyszę gniew w twoim głosie. Ten gniew na cały wszechświat nie pozwala ci spojrzeć obiektywnie na nasze istnienie. Tym, co pozwala ludziom czynić i zło, i dobro jest wolna wola. Stwórca dał ją nam, by nasz świat stał się doskonały. Bez wolnej woli życie człowieka przypominałoby wegetację rośliny, która nie może zdecydować ani o tym, gdzie rośnie, ani o tym, czy skieruje swe liście ku słońcu.
— Czemu więc władzy nie otrzymali tylko dobrzy ludzie?! — młodzieniec nie krył oburzenia. Zapomniał o szacunku należnym Mistrzowi i przestał panować nad swoimi emocjami.
— Zapomniałeś, jak uderzyłeś swego brata? — Mistrz wiedział, że te słowa nie uspokoją wściekłego serca i młodzieńczego zapału. Chciał jednak skierować rozmowę na inny tor i zmusić ucznia do wysiłku.
— Są granice! Jest różnica między zwykłym, ludzkim błędem i złem, które nie może już zostać naprawione! Zresztą nie tylko w ludziach tkwi zawiść, przewrotność i okrucieństwo. Jesteśmy zaledwie lalkami w rękach okrutnego lalkarza. Stworzył nas ułomnych, chorych i kazał walczyć z sobą i z przyrodą. Rzucił nas na arenę, z której nie można zejść inaczej niż brodząc we własnej krwi. Nie dał nam nawet kija, nawet wystarczająco silnych pięści, byśmy mogli walczyć z honorem. Nie, nie jestem najlepszy, są setki ludzi bardziej sprawiedliwych i miłosiernych ode mnie, ale nawet ja potrafiłbym urządzić ten świat lepiej, pokierować nim tak, by życie nie kojarzyło się ze śmiercią.
Gość wstał i zaczął krążyć szybkim krokiem po celi. Myślał nad tym, jakie argumenty przekonałyby Mistrza. Chciał krzyczeć i bić w ściany, tracił panowanie nad sobą, ale zauważył, że nauczyciel wciąż siedzi spokojnie. Nagle opamiętał się i milcząc, wrócił na dawne miejsce. Kamienna podłoga wciąż była rozgrzana ciepłem jego ciała. Nie wiedział, dlaczego zwrócił na to uwagę ani dlaczego uświadomiło mu to, że nie powinien już wstawać, ale okazać przynajmniej odrobinę szacunku wobec starca.
Tymczasem Mistrz bez emocji przyglądał się wybuchowi młodzieńca. Tego właśnie oczekiwał.
— Nie ma lepszego świata, synu — starzec zaczął powoli. — Nie ma i nie może być, bo żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Nie przeczę, że gdzieś w Otchłaniach Kosmosu może istnieć inna Ziemia. Nie twierdzę też, że nie ma innych, równoległych Otchłani, gdzie strzała wypuszczona z łuku nie spada na ziemię lub, gdzie woda jest równie rzadko spotykana, jak u nas złoto. Ale i tu, i tam stworzenia, które zostały obdarzone rozumem, posiadają również wolną wolę. To jest właśnie dobrodziejstwo świata, że jasność współistnieje z ciemnością.
— Ale po co?! Jakiż jest cel takiej koegzystencji yin i yang?
— Ta rzeczywistość, ten wymiar, w którym jesteśmy zanurzeni ma jeden cel. Dotyczy on bezpośrednio nas, ludzi; zarówno tych "dobrych", jak i "złych". Celem tym jest dążenie do doskonałości. Zostaliśmy stworzeni jako nieoszlifowane diamenty, jako niezahartowane ostrze katany. Cierpienia, których dostarcza nam świat, to wiadro zimnej wody, która hartuje stal. Stwórca zaś jest jak rzemieślnik, wybierze ostrze jednocześnie i twarde, i giętkie, a odrzuci to, które posiadało skazę i nie wytrzymało hartowania.
Gość opanował już emocje, nawet drżenie rąk. Wpatrywał się jakiś czas w podłogę, w szarą, kamienną płaszczyznę. Starał się opanować potok myśli tak, jak go uczono w tym miejscu od lat. W końcu odezwał się:
— A czy nie moglibyśmy zostać stworzeni od razu doskonali? Dlaczego zostaliśmy skazani na to cierpienie?
— Wszystkie światy mogą mieć tylko jednego Boga, w innym wypadku przemieniłby się w chaos, bo Bóg i Jego świat to jedność. Możemy więc być tylko drugą, wtórną rasą. Mamy szansę na osiągnięcie doskonałości, jako doskonali słudzy, a nie władcy Istnienia. Świat właśnie na to nam pozwala.
— A co dzieje się z nami, gdy w końcu osiągamy doskonałość?
— Gdy zostaniemy już poddani wszystkim próbom i poddani ocenie, odchodzimy z tego świata i oczekujemy, aż inne katany zostaną zahartowane. Na Końcu Dziejów wszyscy, którzy pokonali własne słabości będą mogli zamieszkać razem w Raju.
— A więc jednak istnieje jakiś Raj? Jakiś świat lepszy od naszego?
— Opacznie zrozumiałeś moje słowa, synu. W tej chwili, gdy jesteśmy poddawani próbie, Raj nie istnieje i nie może istnieć, bo jego obecność nie byłaby nikomu potrzebna. Wręcz przeciwnie — byłaby niepożądana. Mielibyśmy wtedy szansę pójść na skróty i osiągnąć Krainę Doskonałości będąc niezahartowani, a wtedy Raj utraciłby piękno i doskonałość. Tak więc nasz świat jest najlepszym z teraz możliwych, bo umożliwia każdemu osiągnięcie doskonałości, jest równowagą między yin i yang. Gdy nasza próba się zakończy, świat nadal będzie doskonały, ale ta doskonałość będzie opierała się na innym fundamencie. My jesteśmy tym fundamentem i my będziemy inni.
— Zdaje mi się, że zrozumiałem, Mistrzu. Przecież wstąpiłem do klasztoru, by dążyć do doskonałości. Świat nie może być lepszy, bo my mu na to nie pozwalamy. Stwórca nie popełnił jednak błędu i obdarzył nas sercem, które sprawia, że odmienimy oblicze świata. Ci, którzy zechcą, wybiorą inną drogę, zginą. Świat nie opiera się na przymusie. Gdy ktoś zmusza mnie do czynienia dobra, to jego działanie z góry jest skazane na niepowodzenie, bo dobro może wynikać tylko z wewnętrznej miłości. Tak samo nie można nikogo zmusić, aby wybrał zło. Nasza rzeczywistość pozwala nam wybierać i dopóki nie wybierzemy ostatecznie, dopóty nie będzie mogła stać się lepsza, bo jej zadanie nie zostanie zrealizowane.
Mistrz Shiina uśmiechnął się. Zauważył też, że i twarz młodzieńca na nowo odżyła. Starzec nie zapomniał o swoich początkach. Wiedział, że przed jego uczniem jeszcze długa droga, zanim uda mu się uwierzyć w świat.
— Widzę, że zrozumiałeś bardzo wiele, jak na swój młody wiek. Czy teraz już wiesz, gdzie popełniłeś błąd?
Uczeń uśmiechnął się. Bardziej do siebie niż do Mistrza.
— Tak, wiem. I wiem, co powinienem zrobić. Jeżeli pozwolisz mi, Mistrzu, wraz z innymi braćmi pomożemy temu wieśniakowi odbudować dom.
— Niech serce cię prowadzi, synu.
Młodzieniec podniósł się, pożegnał nauczyciela ukłonem i wyszedł uspokojony, a jednocześnie przepełniony wolą walki. Tymczasem Mistrz Shiina powrócił do medytacji. Zycie potoczyło się dalej, świat nie runął, ale postąpił krok do przodu.